Blask słońca przedzierał się przez okno do pokoju Jacka, w którym słodko spał. Ptaki na zewnątrz śpiewały tak głośno, co go w końcu siłą rzeczy obudziło. Niechętnie się podniósł, usiadł na łóżku i zaczął się przeciągać. Na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Kiedy jednak dojrzał torby stojące przy drzwiach, uśmiechnął się szeroko. Doszło do niego, że to właśnie dziś wreszcie mógł opuścić swoje mieszkanie. Ten fakt cieszył go tak bardzo, ponieważ jego nora nie nadawała się już do jakiegokolwiek użytku. W kilku słowach: tynk sypał mu się dosłownie na głowę. Mieszkał bowiem w małym mieszkanku, które remontu nie widziało już sporo lat. Gdzieniegdzie na ścianach wychodziła wilgoć i czuć ją było w każdym pomieszczeniu, których swoją drogą też nie było dużo - ot łazienka, kuchnia, pokoik i mały korytarz. Jack otrzymał te mieszkanko w spadku po swoim ukochanym dziadku. Wiele razy myślał o przeprowadzce, ale z sentymentu do tego niespodziewanego prezentu, jak i z braku pieniędzy kończyło się na tym, że zwyczajnie z tego pomysłu rezygnował.
Kilka dni wcześniej Jack otrzymał telefon od swojego kumpla Brandona. Poinformował go, że wyjeżdża na parę miesięcy z Los Angeles i chętnie udostępni mu swój dom na ten czas. Brandon był świetnym biznesmenem. Czego by się nie tknął, wszystko to zamieniało się w złoto. Zarabiał mnóstwo pieniędzy i kilka lat temu zakupił przepiękną posiadłość w LA, którą teraz opuszczał, by w Japonii "zrobić dobry interes". Jack zaś nie miał tak cudownego życia. Mimo, że miał dopiero 21 lat, musiał radzić sobie ze wszystkim sam. Ledwo co wiązał koniec z końcem. Pracował w kinie za kasą biletową i zdarzało mu się też dorabiać malując domy, co niestety wielkiego zysku nie dawało. Zanim jednak zdecydował się zamieszkać u kumpla, wahał się z odpowiedzią dłuższy czas. Dobrze wiedział, że musiałby wtedy rzucić swoją dotychczasową pracę i szukać jej na nowo w wielkim mieście. Posiadał jednak trochę oszczędności, które w razie gdyby tej pracy nie znalazł, pozwoliłyby mu przetrwać te kilka tygodni.
Jack ubrał się, przemył twarz zimną wodą i wziął w dłonie dwie torby. Wyszedł z mieszkania, otworzył bagażnik i wrzucił je do środka. Stanął przed budynkiem i westchnął ciężko.
- Do zobaczenia kiedyś. Nie będę tęsknił...
Pokręcił głową jakby nie dowierzał, że to się dzieje naprawdę. Wsiadł do samochodu, mocno zatrzaskując drzwi i ruszył przed siebie. Im bliżej był LA, było coraz goręcej. Tuż przed samym miastem minęło go kilka samochodów z deskami do surfingu przymocowanymi do dachów. Powszechnie było wiadomo, że w niedzielne poranki, takie jak ten, nad ocean przyjeżdżało mnóstwo ludzi by posurfować. Jack nie przepadał za tym sportem i uważał, że to zwykła strata czasu. Czasu, którego zresztą sam w ogóle nie miał.
~
- Ile razy mam Ci powtarzać, Alex, że to już koniec!? – wykrzyczał Brandon, kładąc dłonie na ramionach Alexa, mocno nimi potrząsając. – Niech to do Ciebie wreszcie dotrze!
- Brand, nie rób mi tego… - wyjęczał żałośnie, chwytając dłonią jego podbródek, zmuszając go przy tym by na niego spojrzał. – Ty wcale tego nie chcesz, przecież widzę… - pokręcił głową.
- Gówno wiesz! – wrzasnął, odpychając dłoń Alexa. – To koniec, Alex! A teraz wynoś się, proszę, chyba że chcesz, abym sam Cię stąd wyrzucił. – powiedział stanowczo, wskazując Alexowi drzwi frontowe.
Alex spojrzał na niego z niedowierzaniem. W życiu by się nie spodziewał, że ta sielanka, którą żyli kiedyś się skończy. I to w taki sposób. Przecież byli ze sobą tak cholernie szczęśliwi. Kompletnie tego nie rozumiał. Westchnął ciężko, chwycił w dłonie swoją bluzę, którą dwa dni wcześniej tutaj zostawił i jak potulny baranek opuścił posiadłość Brandona.
~
Kiedy Jack dojechał na miejsce, nie mógł się nadziwić, jak jego kumpel się urządził. Dom był przeogromny, pomalowany w kolorze dojrzewającej cytryny, a okna, które wyglądały jak szklane ściany, sprawiały, że dom wydawał się jeszcze większy niż był w rzeczywistości. Ogród, który go otaczał był bardzo zadbany. Od razu było widać, że pracuje przy nim ktoś naprawdę wykwalifikowany. I na pewno to nie był Brandon. Wysiadł z pojazdu i już miał ruszyć w stronę drzwi wejściowych, kiedy jakiś chłopak wypadł z domu jak burza, mocno zatrzaskując drzwi. Spojrzał na niego, unosząc brwi ku górze. To był dosyć dziwny widok. Jakiś chłopak, na oko 22 latek, wybiega z domu Brandona zupełnie jak wściekła nastolatka, której właśnie złamano serce. O ile było mu wiadome, Brandon łamał serca nie jednej dziewczynie, ale nie chłopakowi, więc tym bardziej zainteresowała go ta sytuacja.
- No i co się tak gapisz, idioto!? - wrzasnął chłopak, potrącając go ramieniem.
Jack obejrzał się za nim, totalnie przemilczając jego zachowanie. Wzruszył tylko ramionami, nie zawracając sobie już więcej nim głowy. Podszedł do drzwi i nacisnął dzwonek. Po kilku sekundach w progu stanął Brandon.
- Zapraszam do środka! - powitał Jacka, uśmiechając się przyjaźnie.
Jack odwzajemnił jego uśmiech i wszedł do domu. Rozejrzał się dookoła, nie wierząc, że spędzi tutaj kilka miesięcy swojego marnego życia. Wnętrze domu było urządzone w stylu nowoczesnym, a Brandon najwyraźniej nie szczędził przy tym grosza. Spokojnie mógł powiedzieć, że żadna sława nie powstydziłaby się takiej chawiry.
Tak naprawdę gdyby tylko chciał już dawno mógłby tutaj mieszkać. Jack jednak należał do osób, które nie znosiły bycia zależnym od kogoś. Za każdym razem, gdy jego kumpel składał mu propozycję zamieszkania wraz z nim, ten wymigiwał mu się, tłumacząc, że źle czułby się siedząc mu na głowie. Teraz, kiedy dom miał być pusty, nie miał pretekstu, aby się nie wprowadzić.
- Tutaj są klucze. Nie mam czasu wyjaśniać Ci, do czego jest każdy z kolei. Sam do tego dojdziesz. W razie czego zapasowe są w jednej z szuflad w szafie na górze. - rzucił, zbiegając po schodach. - Ogrodnik przychodzi w środy, a sprzątaczka we wtorki. Ja zajmę się tym, aby na ich konta wpłynęły pieniądze o czym ich poinformuj, bo mi kompletnie wypadło to z głowy. - powiedział, naciskając klamkę od drzwi. - A! Bym był zapomniał! - mówiąc to, podszedł do Jacka. - Zostawiłem coś dla Ciebie na stoliku przy łóżku. Tak na wszelki wypadek. - uśmiechnął się tajemniczo. - To ja już będę leciał. Do zobaczenia za jakiś czas! - przytulił go mocno i wybiegł z domu, powtarzając, że nie może się spóźnić na samolot.
Jack wbiegł na górę do sypialni sprawdzić, o czym mówił Brandon. Kiedy podszedł do stolika, pokręcił głową, widząc na nim pieniądze. Nie lubił tego typu niespodzianek. Czuł się wtedy, jakby zwyczajnie dostawał jałmużnę. Westchnął ciężko i usiadł na łóżku. Wziął gotówkę do dłoni i zaczął przeliczać banknoty. 100, 200, 300, 400, 500, 600... 1000... 1200... 1500$. Nie był z tego zadowolony, ale doszedł do wniosku, że Brandon po prostu się o niego troszczy, a taka suma zawsze może się przydać. Machnął na to ręką i ruszył do salonu. Podszedł do kolekcji płyt DVD, która prezentowała się na wielkiej, szklanej półce przy telewizorze. Zaczął przeglądać filmy, aż natknął się na kilka poruszających tematykę homoseksualizmu. Doskonale je znał i mimo, że widział je już kilkanaście razy, nadal uwielbiał je oglądać. Cóż, sam przed sobą w końcu musiał się przyznać, że jest gejem. Dziewczyny w żadnym stopniu go nie interesowały. Za to uważał je za dobry materiał na przyjaciółki. Trzymając w dłoni jeden z jego ukochanych filmów, zastanawiał się, dlaczego takie filmy goszczą w domu kumpla. Dziwił się temu faktowi, ponieważ Brandon był w 100% hetero. Laski ciągle się za nim uganiały, a on to uwielbiał, bo jak nie raz się chwalił, dzień w dzień zaliczał jakąś cipę. Nie wnikał w to, czy czasem w grę nie wchodziły jego pieniądze, bo urodą to on jednak nie grzeszył. Nagle przyłapał się na tym jak ziewa. Podróż była dla niego męcząca, ponieważ nie przywykł do tak długiego siedzenia za kółkiem. Postanowił, że dobrze zrobi mu krótka drzemka. Położył się na wygodnej kanapie i z myślą, że od jutra będzie musiał rozglądnąć się za jakąś pracą, szybko zasnął.